Skończyłem czytać naszą polonijną książkę. Ciekawa. Trochę się bałem, że będą mnie raziły „fakty” i uogólnienia rozbieżne z moimi własnymi doświadczeniami, na szczęście mało jest takich. Muszę przyznać, że moi koledzy i koleżanka, w wybranych przez siebie tematach, sięgnęli po źródła głębsze, niż moja powierzchowna wiedza o Japonii. Zresztą doświadczyłem tego już na początku tłumacząc na poły historyczny esej Toma Bogdanowicza o Ajnach, gdy zmuszony byłem w internecie szukać nazw szczepów zamieszkujących niegdyś Sachalin.
Nie było rozdziału, którego nie przeczytałbym z zainteresowaniem.
Opisowy tekst ojca Wilka-Witosławskiego przyciąga choćby samym faktem, że pochodzi z minionej epoki. Warto więc zobaczyć, które rzeczy odeszły w niepamięć, a które zjawiska mają w północnej Japonii charakter ponadczasowy.
Rafał w kilku słowach trafia w różnicę pomiędzy Hokkaido, a resztą Japonii bez uciekania się do stereotypów, ale też trudno byłoby o większą rozbieżność pomiędzy jego japońskim losem, a moim, gdy w kilku nokautujących „ciosach” dowodzi, że w Japonii można się czuć jak w domu, mówić po japońsku i nie martwić zbytnio o przyszłość. No i nie uczyć angielskiego.
Z esejem Ewy mam największe problemy, bo też w swoim eseju dokonuje największych uogólnień moim zdaniem. Ogólnie przyznaję jej rację, ale mieszkając w niemal dwumilionowym, zapewniającym sporą dawkę anonimowości mieście, z żoną Japonką i wśród Japończyków, mam wrażenie, że pewne zjawiska przez nią opisane tyczą się albo przeszłości, albo dużo mniejszych społeczności, niż sapporzańska. Czasami mam wręcz wrażenie, że w unikaniu sprawiania kłopotów innym, jestem bardziej japoński niż moi sąsiedzi, jak choćby pan, który nocą grał na perkusji.
Piotrek Milewski napisał o festiwalach, które znam aż za dobrze i mimo faktu, że po kilku latach mi już obrzydły, lub chociaż spowszechniały, zdołał przykuć mą uwagę literackim językiem, licznymi poetyckimi tłumaczeniami i dbałością o szczegół równą japońskiej.
Drugi Piotrek [Węgrzynowicz - przypis webmastera] szczegółowo opisał swojego konika, czyli faunę zamieszkującą Hokkaido i okoliczne morza. Zapomniał co prawda o Mamushi, czyli jadowitej żmii, którą można napotkać nawet w Sapporo, ale resztą informacji i rysunków całkowicie mnie przytłoczył. Obaj Piotrzy zaś opracowali zaś krótką historię grillowanej baraniny - jednego z wielu artykułów rozwiewających nieco mroki mojej ignorancji o wyspie, na której mieszkam.
Łukasz znowu przybliżył mi nieco informacji o onsenach, czyli gorących źródłach wulkanicznych służących do kąpieli. Co prawda, onseny poznałem na własnej skórze, wielokrotnie ją w nich pławiąc, ale jak zwykle - nie tak dogłębnie jak autor.
Na koniec zostawiłem może najciekawsze dla mnie artykuły, bo traktujące o nieznanym. Paweł w oryginalny sposób opisał specyficzne podejście Japończyków do czasu i zabawy. Michał kusząco i ze znawstwem napisał o dzielnicy rozrywek dla dorosłych. Żona mnie nigdy tam nie zabiera, więc dobrze, że chociaż Michałowi się poszczęściło.
Tomasz Stasiński, Sapporo
Tekst umieszczamy za pozwoleniem autora. Oryginał znajduje się na blogu: estiej.blox.pl/2006/10/Hokkaidocd.html.